Każdy musi kiedyś umrzeć. Wcześniej lub później i w mniej lub bardziej bolesny sposób. Niektórzy twierdzą, że śmierć - tak jak i życie - jest dziełem przypadku, inni doszukują się we wszystkim boskiej ręki. Ja do dziś nie wiem, jak jest naprawdę i boję się, że mogę nigdy nie poznać odpowiedzi. Kończy mi się już bowiem czas. Wiem to. Tę odpowiedź znalazłem jako jedną z pierwszych. Stoję więc teraz na dachu świata szkła i stali, patrzę w dół na minione tysiąclecie i próbuję zrozumieć, co się zmieniło. „Zmieniły się narzędzia, lecz kat pozostał ten sam," - przemyka myśl gorzka i nieuchwytna, jakby bojąca się swojej natury. Władza, pieniądze, głód. Rozwścieczona, bezmyślna tłuszcza sądząca, że włada światem i elita cieni przekonanych o własnej wyższości nad tymi pierwszymi. Nic się nie zmieniło! I najwyraźniej nie miało takiego zamiaru. „War...war never changes..".
- Cholera! - przekleństwo utonęło w duszącym zgiełku miasta, a zdjęcie wyrwane z dłoni przez poryw wiatru poszybowało w dal. Dwoje ludzi uwiecznionych na nim nie przestawało się uśmiechać. Idealna para, można by rzec. Szkoda tylko, że los był tak bezwzględny wobec nich.
Często myślałem o Clarice, była taka sama jak ja. Dawała mi oparcie przez te kilka lat naszego wspólnego życia. Jednak umarła. Ostatecznie i nieodwołalnie, wiem to. Szczęściara! Ona ma to już za sobą. A ja wciąż nie wiedziałem tego, za czym goniłem tak długo. Dlaczego działo się to wszystko? Nie wierzyłem już w Boga, bo zbyt wiele widziałem, by potrafić. Z tego powodu już dawno odrzuciłem jego złośliwość lub zwyczajny wypadek przy pracy jako przyczynę. Ewolucja? Wolnego! Natura nie byłaby w stanie zrobić mi tego sama. Ktoś ewidentnie maczał w tym palce, a ja musiałem się dowiedzieć kto i dlaczego.
Czas uciekał, a ja wciąż stałem na krawędzi tego przeklętego dachu, myśląc o wszystkim i niczym zarazem. „W życiu pewna jest tylko śmierć," - zachichotało złośliwie w zmęczonym umyśle, a ja naprawdę chciałem, żeby to było takie proste. Jednak nie było. Czułem, że jeśli nic nie zrobię, to zaraz eksploduję. Musiałem z tym wreszcie skończyć. Skoczyłem. Powietrze szarpało płaszcz, mierzwiło włosy i miażdżyło płuca, a ja śmiałem się do rozpuku. Kochałem to! Znów byłem wolny, nieskrępowany ograniczeniami codziennej egzystencji. Wolny choć przez tę jedną, krótką chwilę, gdy ziemia zbliżała się nieubłaganie, a ja jak zwykle nie mogłem się nadziwić, że lot z blisko kilometrowego budynku trwa tak krótko. Nie byłem jednak w stanie nic na to poradzić. Ludzie w dole rośli coraz więksi i więksi, spoglądali w górę i wskazywali mnie palcami, niektórzy natomiast zasłaniali dłońmi usta. I wtedy - tuż przed upadkiem - zdałem sobie sprawę, że muszę cofnąć się do momentu, w którym to wszystko się zaczęło. Wtedy poznam odpowiedź, poznam je wszystkie. Obawiałem się tylko, że może być już za późno...
***
Możecie się ze mną nie zgodzić, jednak w życiu każdego człowieka nadchodzi ta jedna chwila, moment będący przełomowym. Nagle okazuje się, że dzień, który miał być normalnym, snem łudząco podobnym do poprzednich, przynosi wydarzenia zmieniające wszystko. Wydarzenia często tak nieprawdopodobne i znamienne w skutkach, że niemal każdy dotyczący ich szczegół zostaje wyryty głęboko w pamięci. Tak też było i w moim przypadku. Seria na pozór niepowiązanych ze sobą wydarzeń doprowadziła do czegoś, co zmieniło mnie na zawsze... Moja historia zaczyna się dokładnie 20 lutego Anno Domini 1596 w zamku Asthonwood na południu Kornwalii. Jak już powiedziałem, pamiętam niemal wszystkie szczegóły z tego feralnego dnia. Szczegóły, które osobno choć nieistotne, razem tworzyły wspólną całość. Pamiętam deszcz, który przyniesiony przez ciepłe powietrze znad oceanu, zepsuł mi humor jeszcze nim zdążyłem przypomnieć sobie, jak się nazywam. Pamiętam jeźdźca, stukoczącego końskimi podkowami na zwodzonym moście oraz różany zapach ludzkiego ciała na poduszce obok - dla odmiany kobiecego. Była też służąca, która nie przyszła oraz równie nieobecny zarządca, pieprzący tę pierwszą gdzieś na sianie. Wreszcie, pamiętam dziurę w oflankowaniu wieży, której nie załatano, jak kazałem przed końcem tygodnia. Na sam koniec zaś, pojawił się obraz tego przeklętego kota, któremu przed kilku laty nie pozwoliłem utopić się w gnojówce. Taak... pamiętam to wszystko, aż nazbyt dokładnie, choć czasami wolałbym zapomnieć. Zapomnieć i wreszcie obudzić się z tego koszmaru. Nie dane mi było jednak obudzić się. Tego dnia bowiem, dokładnie 20 lutego 1596 roku, ja, Henryk Theodorus Asthon IX umarłem po raz pierwszy. I niestety, nie ostatni...
***
- Opowiedz mi.
- Po co? Przecież słyszałaś tę historię już dziesiątki razy.
- To nadal za mało. - zaprotestowała drobna postać, usadowiona wygodnie po przeciwnej stronie stołu. - Czuję, że sposób, w jaki zginąłeś po raz pierwszy, jest ważny. Możliwe, że to tylko wymysł wariatki zbiegłej z zakładu dla obłąkanych, ale sądzę, że może to nam pomóc. Jakoś... - Clarice Maerine zamilkła, zaciągnęła się papierosem i szybkim ruchem wychyliła jeden z wielu, stojących przed nią kieliszków wódki. Chwilę potem pogrążyła mnie w chmurze wydychanego dymu. Kiedyś mi to przeszkadzało, ale zdążyłem się już przyzwyczaić.
- No dobrze, jeśli tak bardzo tego chcesz, zrobię to. Ale pod jednym warunkiem. - uśmiechnąłem się chytrze i również sięgnąłem po kieliszek, tym razem z końca wódkowego pociągu.
-Jakimże to warunkiem? - spytała, mrużąc przy tym swoje migdałowe oczy, gdy już wypiłem i odstawiłem odwrócony kieliszek na stół.
- Jutro ty stawiasz.
***
Deszcz bębnił nieubłaganie o pokryty gontem dach, boleśnie przy tym przypominając o całym, wypitym przeze mnie wczorajszego wieczora alkoholu. Głowa chciała eksplodować, oczy piekły, a gardło nieprzyjemnie drapało. Mimo to - a może właśnie dlatego - nie miałem jeszcze najmniejszego zamiaru wstawać z łóżka. Miast tego wsadziłem łeb pod wypchaną pieprzem poduszkę, próbując spać dalej. I co najciekawsze, pewnie by mi się to udało, gdyby nie stukot końskich kopyt na zwodzonym moście oraz następujące zaraz po nim szczekanie psa i bliżej nieokreślone krzyki dobiegające z podwórza. Szybko okazało się, że poduszka nie stanowi wystarczającego zabezpieczenia przed tym wszystkim. Rozeźlony, przewróciłem się na drugi bok z twardym zamiarem dalszego nic nie robienia. Nie udało się. Leżące obok ciało poruszyło się bowiem niespodziewanie, wierzgnęło i bezpardonowo skopało mnie na ziemię. Świat zawirował wokół, po czym gwałtownie się zatrzymał, a ja jęknąłem, poczuwszy dotkliwy ból w okolicach prawego pośladka. Na wpół już obudzony, wyciągnąłem twardy przedmiot, na który spadłem - pustą butelkę po czterdziestoletnim Chambertinie (doskonały rocznik swoją drogą). Nie zważając na ból i mając na uwadze wzmagający się na podwórzu rozgardiasz, wstałem, zarzuciłem na grzbiet płaszcz i zawołałem służącą:
- Maaartho! - zachrypiałem i aż dostałem gęsiej skórki. - Martho! Nie będę wiecznie czekać! Choć tu wreszcie!
Czekając na służącą i niesioną przez nią misę z ciepłą wodą oraz przyrządy do golenia, postanowiłem w międzyczasie dowiedzieć się, kto też wykopał mnie przed chwilą z posłania. Podszedłem bliżej, przekręciłem głowę dla lepszego widoku i zdębiałem. Ujrzałem ułożoną na boku niezwykle pociągającą kobietę, która choć już najlepsze lata miała za sobą, wciąż odznaczała się nadzwyczajną jędrnością jasnego jak marmur ciała. Co najważniejsze jednak, rozpoznałem w niej ni mniej, ni więcej Elżbietę Greenwich z Domu Asthon. Żonę diuka Henryka Greenwich'a i moją niezbyt odległą krewniaczkę jednocześnie. „No cóż" - pomyślałem, przyglądając się krągłej figurze i nadal świeżej cerze „o balu z okazji moich dwudziestych pierwszych urodzin będzie się mówić jeszcze długo". Potem zaś, rozproszony dalszymi krzykami i nerwowym tupotem stóp w oddali, podszedłem do drzwi, otworzyłem je na oścież i wydarłem się na całe gardło:
- Maaaarthooo chodźże tu wreszcie!!!
Na darmo.
***
Szybko wyszło na jaw, iż moje najgorsze przeczucia względem przybyłego jeźdźca okazały się bezpodstawne. Było jeszcze gorzej. W konnym nie rozpoznano bowiem ani samego diuka Greenwich'a, ani nawet żadnego z jego służących. Rozpoznano za to giermka rycerza zamieszkującego pobliską wioskę. Ta zaś, jak się okazało, płonęła żywo i radośnie przy akompaniamencie krzyków mordowanych ludzi i zwierząt. Wioska została napadnięta. Prawdopodobnie przez bandytów, jednak do dziś nie mam pewności. W żadnym z historycznych źródeł, do jakich udało mi się dotrzeć, nie było nawet wzmianki na ten temat. Kto jednak napadł wioskę, było nieistotne, ważne zaś było, by dać mu nauczkę:
- Reinstern!
- Jestem, sir! Drużyna już gotowa, sir! Możemy wyruszać w każdej chwili, sir! - Reinstern stał wyprostowany niczym struna, delikatnie podskakując przy każdym „sir", ja zaś potrzebowałem chwili, by dojść do siebie. Wciąż nie przyzwyczaiłem się do tego, iż Reinstern zdawał się czytać mi w myślach i wykonywać każdy rozkaz, nim zdążyłem o nim choćby pomyśleć.
- A więc na co jeszcze czekasz? - odburknąłem, sfrustrowany faktem niemożności pozbierania myśli. - Ruszajcie czym prędzej.
- Sir, yes sir!
Reinsterna już nie było. W jednej chwili przeniósł się - tak to dobre słowo - na grzbiet swojego siwka, a w drugiej gnał już po zwodzonym moście razem z całą drużyną. Trudno było nie podziwiać tego człowieka - to urodzony żołnierz. Przybyły giermek stał przez chwilę osłupiały, po czym ocknął się i doskoczył do swojego konia, jakby również i on chciał ruszyć w kierunku walki.
- Zostań. - poleciłem. - Na nic się tam nie zdasz, będziesz tylko przeszkadzał.
Chłopak przez chwilę wyglądał jakby chciał zaprotestować, jednak szybko się rozmyślił. Najwyraźniej nie bardzo uśmiechało mu się umierać w tak pochmurny dzień.
- Chodź lepiej ze mną. Obejrzymy sobie całe widowisko z wieży.
Niewiele więcej myśląc, ruszyłem w kierunku tejże, chlupocząc w kałużach oraz kątem oka zauważając Marthę i Samuela, mojego zarządcę, wyłaniających się ze stodoły. Uroczo. Postanowiłem nie skomentować jednak, zamiast tego przyśpieszyłem kroku. Znając Reinsterna w każdej chwili mogło być po wszystkim.
Wąskie stopnie wieży były liczne i mocno wyślizgane, a brak jakiejkolwiek poręczy dodatkowo utrudniał wspinaczkę na górę. Zwłaszcza, gdy miało się monstrualnego kaca. Gdzieś z oddali, niesione przez wiatr, dobiegły mnie odgłosy walki. Szczęk metalu i krzyki, wzbogaciły wspomnienia bitew stoczonych przeze mnie. Wspomnienia strachu, zmęczenia i bólu oraz zapachu krwi, gówna i palonego drewna. Otrząsnąłem się jednak z tych jakże rozkosznych myśli i przyśpieszyłem kroku. Miałem zamiar uszczknąć z widowiska jak najwięcej. Giermek sapał tymczasem za moimi plecami, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że na polu bitwy długo by nie pożył. Wiatr nasilił się, deszcz zaszumiał, nozdrza podrażnił smród kociego moczu. Kilka chwil później byłem już na szczycie, gdzie prosto w twarz uderzyło mnie rozczarowanie. Z widowiska nici. Deszcz zacinał bowiem silnie, skutecznie ograniczając widoczność do zaledwie kilkuset metrów. Stanowczo za mało. Zakląłem cicho i postąpiłem kilka kroków w przód, niebezpiecznie zbliżając się do krawędzi. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Z pomiędzy porozrzucanych tu i ówdzie cegieł wyskoczył tuż przede mną goniący za myszą kot. Zachwiałem się, zadreptałem szybko nóżkami, by złapać równowagę, a wiatr w odpowiedzi zawiał silniej. Zadreptałem znowu, potem upadłem, przejechałem po wygładzonych przez wartowników kamieniach i wypadłem za krawędź. Lot nie wydawał się długi. Prawdopodobnie wynikało to z faktu, iż całe życie nie przeleciało mi przed oczami. Możliwe też, że to dlatego iż po prostu spadłem zaledwie kilka metrów w dół, na dach przyklejonej do murów wartowni. Nieważne. Liczyło się tylko to, że żyłem. Tak, byłem połamany, chyba nawet spostrzegłem wystające z boku żebro, ale znając lekarzy mojej rodziny prawdopodobnie bym przeżył, a może nawet wrócił do formy. Jednak wtedy ją zobaczyłem... Pełną gracji i wdzięku, piękną w swej prostocie i uwodzącą czerwienią. Do dziś pamiętam, jak zabójczo wyglądała, spadając wprost na moją głowę. Była cegłą.
***
Clarice zaśmiała się słysząc, ostatnie słowa mojej opowieści. Czysto i wdzięcznie, śmiechem przywodzącym na myśl raczej małą dziewczynkę niż dorosłą kobietę.
- I to wszystko? - uśmiech wciąż czaił się w kącikach jej ciemno-malinowych ust.
- Tak, to wszystko. - potwierdziłem, kiwając delikatnie głową. - Następne co pamiętam, to ocknięcie się w szpitalu św. Hieronima w czasie Rewolucji Francuskiej. Nie dane mi było jednak dokładniej pozwiedzać Paryża z tamtego okresu. To, co się wtedy działo, to było istne piekło. - westchnąłem i zamyśliłem się na chwilę, pozwalając spojrzeniu odpłynąć w dal. Po chwili wspomnienia powróciły i na twarzy wykwitł mi gorzki grymas:
- Swoją drogą... - zacząłem. - to bardzo ciekawe uczucie, gdy ci odcinają głowę. Wbrew pozorom nie umierasz od razu. Po wszystkim ma się jeszcze wystarczająco dużo czasu, by móc zacząć się dziwić. - próbowałem się roześmiać, ale mi nie wyszło. La Guillotine. To nie było dobre wspomnienie. Ani trochę.
- Wszystko w porządku? - Clarice wyglądała na zmartwioną. Zamarła w bezruchu, wpatrzona we mnie tymi swoimi błękitnymi oczętami, które tak kochałem. Niestrzepany popiół wisiał smętnie na końcu jej papierosa, jakby w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Tak, nic mi nie jest. - otrząsnąłem się ze wspomnień i uniosłem kieliszek z wódką w toaście. Clarice zrobiła to samo. Szkło stuknęło o siebie, a potem jednocześnie wlaliśmy sobie alkohol do ust. Płyn przyjemnie zapiekł w gardło, powoli spływając ku dołowi. Uśmiechnąłem się błogo i chytrze zarazem:
- No i jak? Moja opowieść pomogła ci w rozwiązaniu tajemnicy naszej małej przypadłości.
- Ani trochę. - odparła, również się uśmiechając. Uśmiechem nieco już jednak głupkowatym i tworzącym ze spoczywającymi na stole pustymi kieliszkami wymowny obraz. Clarice zachwiała się na swoim miejscu, zadrżała jakby jej było zimno i odpaliła papierosa. Siwy, gryzący w oczy dym znów otoczył moją osobę. Wtedy podszedł do nas Chuck - młody i rudopiegowaty właściciel lokalu, w którym zastała nas tak późna już pora:
- Przepraszam państwa, zaraz zamykamy. - odezwał się beznamiętnym, nieco ochrypłym głosem. - Oto wasz rachunek.
Spojrzałem na szpecącą małą karteczkę kwotę i bez słowa zapłaciłem. Chuck wrócił za bar, by skończyć wycieranie i tak już czystego blatu. Nie przestawał nas przy tym obserwować kątem oka. Podniosłem wzrok na salę i stwierdziwszy, iż - nie licząc nas oraz Chucka - jest kompletnie pusta, doszedłem do wniosku, że najwyższa pora wyjść. Wstałem i podałem Clarice płaszcz, a potem pomogłem jej go założyć. Sam zarzuciłem na grzbiet swój stary i nieco już wytarty czarny prochowiec oraz kapelusz z szerokim rondem. Przyciągnąłem moją kochaną wariatkę do siebie, wziąłem ją pod rękę i skłoniwszy się rudzielcowi barma- nowi wyszedłem na ulicę. Pogoda była paskudna. Padał rzęsisty, zimny deszcz, który nadawał wąskim, brukowanym ulicom Paryża ponury wygląd. Powietrze zaś miało w sobie coś dziwnego i tajemniczego zarazem. Pewną ledwo rozpoznawalną woń, która czyniła ludzi niespokojnymi i krzywo patrzącymi na obcych. Zapach wojny. Był 25 sierpnia 1939 roku. Wojna miała nadejść i to niedługo, czułem to w kościach. Jak się później okazało niestety miałem rację. Jak zwykle zresztą.
- Hahaha! Henryku, czyż nie jest wspaniale. - Nie, nie było. Clarice jednak uważała inaczej. Deszcz jej nie przeszkadzał, a zdawało się wręcz, że cieszył. Otrzeźwiał i skłaniał ją do radosnych pląsów w rytm słyszanej tylko przez nią muzyki. - Kochanie, no chodź! Nie daj się prosić i zatańcz ze mną. - śmiała się i ciągnęła mnie za rękę. A potem tańczyła dalej. Z wdziękiem i lekkością godną bogini lub choć królowej. Ale taka właśnie była ta moja ukochana, drobna kobieta o oczach niczym dwa migdały. Miała w sobie coś nieziemskiego, coś co wykraczało poza rozumowe poznanie zwykłego człowieka. Nawet, gdy - tak jak teraz - była pijana, roztaczała wokół siebie aurę szlachetności i wyjątkowości. Aurę kogoś królewskiej krwi. Znałem ją jednak zbyt długo, by temu ulec. Zmarszczyłem z irytacją brwi i postawiłem kołnierz na sztorc:
- Clarice, gdzie ty tak pędzisz? Poczekaj!
- A co? Boisz się, że ci zniknę? - wciąż nie przestawała się uśmiechać, jednak przystanęła wreszcie na skraju ulicy.
- Choć do mnie kochanie. - wyciągnąłem rękę w jej kierunku. - Mieszkanie jest w drugą stronę.
- A kto powiedział, że chcę iść do mieszkania? Niech ta noc będzie wyjątkowa, szalona. Biegajmy po całym Paryżu, wejdźmy na wieżę Eiffla i podkradnijmy się pod Luwr. A potem... - jej wzrok zrobił się rozmarzony. - ...potem kochajmy się wśród alejek Lasku Bulońskiego.
- Clarice, proszę cię. Jest już późno, wróćmy po prostu do domu.
Nie dała się jednak uprosić. Zamiast tego pochyliła się lekko do przodu i wydąwszy usta, kręciła palcem jakby pouczając niesforne dziecko. Próbowała udawać rozgniewaną, jednak jej oczy błyszczały wesoło:
- Nie ma tak dobrze. Musisz mnie najpierw złapać! - zakrzyknęła i nim zdążyłem zareagować, zaczęła skakać na jednej nodze w tył. Wprost na ulicę.
Nie mogłem nic zrobić. Czarny jak sama noc wóz błysnął światłami i zaryczał klaksonem. Mimo to nie zwolnił, ani nie zatrzymał się. Drobna sylwetka Clarice Mearine, która jeszcze przed chwilą stała przede mną z tym swoim niewinnym uśmieszkiem na twarzy, teraz zniknęła. Zupełnie jakby przestała istnieć. Stałem osłupiały, zupełnie nie zważając na zacinający deszcz, wiatr i zimno. Gdy teraz o tym myślę, najbardziej uderza mnie fakt, iż nie czułem zupełnie nic. Byłem jak wydmuszka jajka, która jednym silnym dmuchnięciem została pozbawiona całego wnętrza. Wtedy z prawej strony dobiegło mnie ciche jęknięcie i uczucia powróciły. Przerażony i pełen obaw, natychmiast pobiegłem w tamtą stronę. Znalazłem ją, leżącą na skraju jezdni. Dziwnie skurczoną i z lewą ręką wygiętą pod absurdalnym wręcz kątem.
- Boże, Clarice! Słyszysz mnie? - uklęknąłem przy niej i odgarnąłem mokre włosy z jej twarzy. - Wszystko będzie dobrze kochana, zaraz wezwę pomoc.
- Nie, nie wezwiesz. - jej zachodzące już mgłą oczy, nagle ożywiły się. - I tak nikt nie usłyszy. I tak nic to nie zmieni.
Nie śmiałem się z nią kłócić. Miała rację i oboje doskonale o tym wiedzieliśmy. Zbyt często umieraliśmy, by nie wiedzieć. Matowiejące oczy, coraz płytszy oddech i cichsze słowa wypływające z jej ust. Pęknięta czaszka, krwotok wewnętrzny i kilkanaście złamań. Niemal czułem uchodzące z niej życie.
- Clarice... moja królowo, proszę cię nie umieraj! - łzy mieszały się z deszczem na mojej twarzy, głos przybrał błagalny ton, a ręce drżały.
- Głupi. - jej ręka z trudem uniosła się w moją stronę. Natychmiast też ją złapałem. Uśmiechnęła się, czując dotyk mojej skóry. - Nie pierwszy i nie ostatni raz, Henryku. Jeszcze się spotkamy. Wiesz o tym.
- Tak, masz rację. - przytaknąłem, choć wiedziałem, że oszukiwała nie tylko mnie, ale i samą siebie. - Boże... nawet... ja nigdy... - głos odmawiał mi posłuszeństwa. - ...kim byłaś najpierw...
- Królową, głupi rycerzyku. Byłam Kleopatrą, tą Kleopatrą...
Uwierzyłem jej, bo niby czemu miałbym nie uwierzyć? Zawsze twierdziłem, że ma w sobie coś królewskiego. Złożyłem na jej słodkich, ciemno-malinowych ustach ostatni, drżący pocałunek. Westchnęła cichutko, gdy nasze wargi rozdzieliły się. Dokładnie tak jak za każdym razem, gdy ją całowałem. A potem westchnęła raz jeszcze, głębiej i po raz ostatni. Umarła. Odeszła na zawsze, a ja nic nie mogłem zrobić. Jej podróż skończyła się, wreszcie była wolna. Moja zaś miała wciąż jeszcze trwać. Zostałem sam, znowu. Chciałem płakać, chciałem wyć, gryźć ziemię i walić rękami o zimny bruk. Nie mogłem jednak. Nie chciałem być sam, nie chciałem znowu przez to przechodzić. Opanowanym, zdecydowanym ruchem sięgnąłem za pazuchę i wyciągnąłem rewolwer. Wiedziałem, że nie dołączę do niej, że znów się odrodzę. Mimo to przyłożyłem lufę do skroni. Musiałem znaleźć odpowiedź, musiałem dowiedzieć się, dlaczego nie mogę umrzeć. Jednak w innym miejscu i w innym czasie. Pociągnąłem za spust, a noc rozdarł huk i błysk wystrzału. Upadłem obok martwego ciała Clarice, wciąż trzymając ją za rękę. Ależ to było cholernie poetyckie!
***
To, co się działo ze mną potem nie jest warte dokładniejszego wspominania, ponieważ w większości jest zupełnie nieistotne. Wystarczy powiedzieć, że najpierw ocknąłem się na plaży Omaha, a zaraz potem w bliżej nieokreślonym rynsztoku. W dodatku w niezbyt dobrym stanie, choć już bez dziur po kulach. Jakoś jednak udało mi się dojść do siebie i przeżyć tym razem nieco dłużej. Ale tylko nieco dłużej. Po sześciu miesiącach rozpaczy w końcu zapiłem się na śmierć i świat zapomniał o mnie na blisko dwie dekady. Potem były lata 70. i wojna w Wietnamie, którą wbrew pozorom przeżyłem. Ustatkowałem się i próbowałem zacząć wszystko od nowa. Najpierw nie było łatwo, cały ten postęp technologiczny, jaki dokonał się w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, nieco mnie przytłoczył, jednak potem już jakoś to poszło. Wrosłem w ten Nowy Wspaniały Świat, przyzwyczaiłem się do niego, korzystając ze wszystkiego, co miał mi do zaoferowania. Dużo podróżowałem, zwiedziłem Afrykę i Azję oraz w dużej części obie Ameryki. Poznałem wielu ciekawych i niezwykłych, a często nawet dziwnych ludzi, jednak żaden z nich nie był taki jak ja. Byłem sam na tym świecie. I wciąż nie wiedziałem, dlaczego jestem, jaki jestem. Dlaczego nie mogę umrzeć? Czy to była jakaś kara od Boga za to, że mój dziadek i babka byli rodzeństwem, a ja sam w dniu mojej śmierci obudziłem się w łóżku z zamężną kuzynką? Nie, w to nie wierzyłem tak samo jak nie wierzyłem w samego Boga. Pogodziłem się jednak z faktem, że już nigdy nie poznam odpowiedzi. Miałem dość poszukiwań. Dość jeżdżenia z jednego krańca świata na drugi. Dość zgłębiania prawd najróżniejszych religii i wierzeń. Dość wertowania książek medycznych, czy przeszukiwania archiwów historycznych. To wszystko było na nic. Nie dawało mi ukojenia, a jedynie rozdrapywało rany. Poddałem się więc i zaakceptowałem istniejący porządek rzeczy. Byłem za stary, by dłużej się z tym zmagać. I to dosłownie za stary. Był rok 2015, a ja miałem dokładnie 65 lat. Nie jest to może zbyt imponujący wynik, ale zważywszy na to, jak przeżyłem swoje życie, było wynikiem wystarczającym. I tak, 21 października 2015 r. po raz pierwszy w moim życiu umarłem z przyczyn naturalnych. Nie zabiła mnie cegła, gilotyna, karabin maszynowy czy alkohol. Moje serce po prostu przestało bić, a ja odszedłem otoczony garstką przyjaciół i tą spokojną pewnością, że to nareszcie koniec. Wyobraźcie więc sobie moją frustrację, gdy następnego ranka obudziłem się w przeraźliwie białym i wyglądającym na sterylne, mikroskopijnym mieszkaniu... w ciele dwudziestojednolatka! To było niesprawiedliwe! Dobrze przeżyłem moje ostatnie życie i przeżyłem je w całości. Nadal jednak nie mogłem umrzeć! Pamiętam, jaka wtedy ogarnęła mnie rozpacz i gniew. Zdemolowałem to okropne, kłujące bielą mieszkanie i uciekłem z niego. Długo błądziłem ulicami tego niepodobnego do niczego, co widziałem wcześniej, miasta dojmującej bieli. Przemierzałem jego ulice, mijałem tłumy ludzi, a w moim umyśle kołatała się tylko jedna myśl - samobójstwo! Dopiero po kilku godzinach zrozumiałem, że nic mi to nie da. Że niczego to nie zmieni. I znów, byłem gotowy zacząć wszystko od początku, dalej brnąć w to nowe życie, mając nadzieję, że tym razem znajdę moją odpowiedź. I wtedy, w jednej z najbrudniejszych, najciemniejszych ulic, głęboko pod powierzchnią świata bieli i sterylnej czystości spotkałem jego. Starego i ślepego włóczęgę, który schwycił mnie za kostkę i nie chciał puścić. Tylko wpatrywał się we mnie swoimi białymi jak mleko oczami, a potem uśmiechnął się bezzębną szczęką i powiedział:
- Nic nie może trwać wiecznie, wędrowcze. Wszystko ma swój początek i wszystko ma swój koniec. Przyczynę i skutek. - mówił cicho i chrapliwie, wciąż zaciskając kościste, brudne palce na mojej kostce. - Musisz wiedzieć, czego chcesz, podróżniku. Tylko tak dojdziesz do kresu swej podróży, tylko to może cię uwolnić. Nie obawiaj się! Twoja pielgrzymka będzie trwać, póki nie przypomnisz sobie, dlaczego ją zacząłeś! Nie obawiaj się i zrób to co konieczne, ty, który kroczysz przez wieki.
On WIEDZIAŁ!!! Znał moją odpowiedź, a przynajmniej sposób, w jaki mógłbym ją uzyskać. To niesamowite, że wreszcie spotkałem kogoś takiego jak on! Chciałem zapytać go o coś więcej, jednak on już odszedł. A może po prostu dotarł do celu swojej pielgrzymki. Schyliłem się, by zamknąć jego nie mogące już widzieć oczy i uwolniwszy się od zaciśniętej na kostce ręki, ruszyć przed siebie. Wtedy zobaczyłem, że na jego kolanach spoczywa stare, poniszczone zdjęcie. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, ale nie ulegało wątpliwości co przedstawiało. Dwójka uśmiechniętych ludzi - ja i Clarice, na kilka tygodni przed jej i moją śmiercią. To utwierdziło mnie w przekonaniu, co należy zrobić. Wziąłem je i ruszyłem przed siebie. Jedyne, czego teraz potrzebowałem, to wysokiego budynku. Nie muszę chyba mówić, że w miejscu, w którym się znajdowałem, było ich pod dostatkiem...
***
Znowu ocknąłem się wśród bieli. W takim samym sterylnym otoczeniu jak ostatnio. Tym razem byłem jednak spokojny. Coś się zmieniło, a zmiana ta napawała mnie wbrew pozorom optymizmem. Po pierwsze w pobliżu kręciła się jakaś postać, po drugie nadal czułem się martwy. No może nie do końca, ale niewielka różnica. Byłem w szpitalu, przykuty do łóżka i zakuty od stóp do głów w gipsową zbroję. Sieć rurek i przewodów wiła się wokół niczym drugi krwioobieg. Całe ciało przeszył mi w tym momencie nieznośny ból. Jakie to było wspaniałe uczucie! Spróbowałem się poruszyć, ale jęknąłem tylko. Zauważyła to wszystko owa kręcąca się nieopodal postać - pielęgniarka. Zrobiła wielkie oczy spostrzegając mnie i wybiegła z sali:
- Doktorze! Doktorze, obudził się!
***
Pół godziny później wszystko już było jasne. Doktor Gardener, łysy drobny staruszek wyjaśnił mi wszystko. Nie było żadnego Asthonwood, Rewolucji Francuskiej, czy marszu wraz z Napoleonem na Moskwę. Żadnego przedwojennego Paryża, plaży Omaha, bliżej nieokreślonego rynsztoku. Wreszcie nigdy też nie było umierania ze starości, czy skoku z krawędzi świata szkła i stali. Przynajmniej nie dla mnie. I choć naprawdę spadłem z dachu, to nie w 1596, a 2006 roku. I nie gdzieś w Kornwalii, a w Londynie, w czasie wykonywania swoich obowiązków. Albowiem byłem kominiarzem, który był nieostrożny i miał pecha trafić na rozpadający się komin. Lot z drugiego piętra wprost na twardy asfalt i sterta cegieł spadających wprost na mnie. Lekarze do dziś nie wiedzą, jakim cudem to przeżyłem. Mnie jednak specjalnie to nie obchodziło. Ważna była tylko jedna rzecz. Znalazłem odpowiedź! Żadna kara boska, ewolucja, czy magia. Śpiączka i krwiak mózgu. Ot, co! Nareszcie byłem wolny! Przynajmniej tak myślałem, dopóki lekarz nie powiedział mi najgorszego. Że na zawsze będę przykuty do łóżka. Nie, nie było takiej szansy, bym jeszcze kiedykolwiek mógł chodzić. Mój kręgosłup był zmiażdżony, a ja od piersi w dół sparaliżowany. No cóż... jeśli stawia sprawę w ten sposób... nie zamierzałem użalać się nad sobą. Byłem na to za stary. I nie obchodzi mnie, co mówi ten lekarz. Wiem, że się myli, bo wszystko to, co przeżyłem, nie mogło być po prostu złudzeniem. Clarice... ona była prawdziwa, była Kleopatrą. TĄ Kleopatrą. Uśmiechnąłem się do uwiecznionej na starej fotografii twarzy młodej kobiety. Nie wiedziałem, kto ją położył na mojej szafce, mogłem tylko podejrzewać.
- Już do ciebie idę, kochana. - szepnąłem czule i począłem po kolei wyciągać z ciała oplatające mnie rurki i kable.
Gdy odłączyłem respirator, w jednej chwili poczułem jak zaczynam się dusić. Charczałem i plułem śliną, z każdą chwilą zapadając się coraz głębiej w ciemność. No cóż. Może nie jest to najszybszy i najmniej bolesny sposób na zabicie się, jaki znam, ale musi wystarczyć. Szczerze mówiąc, to nawet cieszyłem się z tego. Tak cieszyłem się! Moja historia wreszcie się tutaj kończy. Tego dnia bowiem, 31 marca 2010 roku, ja, Henryk Asthon umarłem po raz dziewiąty... I na szczęście, ostatni...
„Trzeba mi nowych skrzydeł, nowych dróg potrzeba."
Słowa Kordiana wyświetlały się uparcie na ekranie mojego monitora od blisko dwóch godzin i za nic nie chciały zniknąć. Początkowo zdezorientowany, a później już zwyczajnie wściekły klikałem z maniakalną wręcz gorliwością w świecący na niebiesko wyłącznik, jednak - oprócz bólu palca wskazującego - nie przyniosło to żadnego efektu... Podobnie zresztą jak systematycznie resetowanie komputera, brutalne walenie w klawiaturę, czy zwyczajnie bestialskie wyrwanie kabla z gniazdka wraz z gniazdkiem. Szereg czarnych, elektronicznych liter nie miał najmniejszego zamiaru ustąpić tradycyjnej mieszaninie psychodelicznych kolorów mojego pulpitu. Zamiast tego wpatrywał się we mnie bez ustanku, z tą swoją upartą determinacją, ja zaś równie nieprzerwanie odwzajemniałem się tym samym (tylko od czasu do czasu skupiając się na wlewaniu do ust kolejnych porcji gorącej herbaty). „No dobra!" wykrzyknąłem w myślach i upiłem kolejny łyk parującej cieczy. „Jak widać takie oto są skutki guglacji pytań typu: 'Jak osiągnąć sukces?', czy: 'Jak być szczęśliwym?' - w efekcie wyskakuje ci potem takie „cuś" i nie chce zniknąć... tylko... czemu nie chce zniknąć? I co znaczy? Co ten durny napis chce mi powiedzieć?" spytałem już na głos, a leżący obok, kłapouchy jamnik zamerdał wesoło ogonem. „Taak... widzę, że cię to niezmiernie bawi, co Glisto?." Lewa, prawa, lewa, prawa - ogon kursował jak wycieraczka. „Hmm... czyli sugerujesz, że jedynym sposobem na pozbycie się GO jest dowiedzieć się co oznacza?" wahadłowe potwierdzenie. „Niech ci będzie, co szkodzi spróbować?"
Zacznijmy jednak od początku. Po co w ogóle kłopotać Wujka Google tak elementarnymi pytaniami, na które zwyczajnie nie da się jednoznacznie odpowiedzieć? Według mnie właśnie dlatego, że istnieje na nie nieskończenie wiele odpowiedzi i każda jest jednocześnie trafna jak i błędna. Każdy człowiek jest bowiem inny i inne rzeczy sprawiają, że czuje się szczęśliwy. Co innego jest dla niego definicją słowa: „sukces". Szukanie konkretnego rozwiązania jest więc z góry skazane na niepowodzenie, gdyż takie zwyczajnie nie istnieje. Wbrew pozorom jednak w tym szaleństwie jest metoda. Zadajmy sobie bowiem nie jedno konkretne pytanie, a kilka różnych: „Jak zostać bogatym?" , „Jak spełnić marzenia?" , „Jak zdobyć wymarzoną dziewczynę/chłopaka?" , czy wreszcie: „Jak wykorzystać moje pasje, by przynosiły mi wymierne korzyści?". Dobrze, a teraz zamiast odpowiadać na każde z nich z osobna, spróbujmy znaleźć to co je łączy. Stwórzmy uniwersalny wzór pozwalając osiągnąć wszystko to, czego chcemy. Dokładnie o to chodzi! O znalezienie wzoru!
„Słyszałeś Glisto? Wzór! Mamy znaleźć wzór! Ehhh... nie podoba mi się to wszystko, zbytnio zalatuje fizyką." Zmarszczyłem brwi myśląc nad tym czego już się dowiedziałem, jednak jedno wciąż nie dawało mi spokoju. „Tylko o jaki wzór chodzi? Nie znam przecież żadnego wzoru!" modre oczy, poczciwego zwierzęcia spozierały na mnie z tą swoją bezmyślną ufnością irytując mnie jeszcze bardziej. Na dodatek skończyła się herbata... „I na co się tak gapisz psie? Przestań mówię! Ostrzegam cię, że jeśli się nie uspokoisz to zaraz poznasz wzór na psa bez ogona (Pbo = [nóż + wściekły człowiek] * energinczeciachuciach)!" Straciwszy panowanie wstałem i postąpiłem krok w stronę żółtej bestii o kręconej sierści, ta jednak nawet nie drgnęła. Za to nadal się we mnie wpatrywała... „albo i nie we mnie," przemknęło między neuronami. Obróciłem się o cały kąt półpełny i słowa Kordiana uderzyły mnie z siłą rozszalałego nosorożca! Wzór cały czas miałem przed sobą!
Dokładnie tak! Słowacki ustami Kordiana dał nam wszystkim właśnie ten uniwersalny wzór: „Trzeba mi nowych skrzydeł, nowych dróg potrzeba." Zestawiamy go z dowolnym pytaniem i oto otrzymujemy odpowiedź! Trzeba działać, działać i jeszcze raz działać. Nieustannie poszukiwać własnej drogi, jaką będziemy kroczyć przez życie. Tylko tak możemy spełnić nasze marzenia. To przecież oczywiste, że jeśli czegoś chcemy, na czymś nam naprawdę zależy to nie możemy położyć się przed telewizorem i nic nie robiąc cały dzień, oczekiwać cudu. Musimy wziąć sprawy w swoje ręce, nieustannie szukać nowych dróg i wyzwań. Tylko wtedy osiągniemy wyznaczone sobie cele. Nie wolno się zatrzymać! Nawet na chwilę! Nie wolno też się poddawać, bo nie ma przecież przeszkód nie do pokonania. Wyobraźmy sobie taką sytuację: Nasza ukochana kapela przyjeżdża do kraju, a nam udało się zdobyć bilet na ich koncert. Teraz wystarczy tylko wsiąść w samochód i... a tak... nie mamy samochodu. No cóż. Siądźmy więc i płaczmy? A może lepiej kupmy bilet samolotowy i polećmy... aha... mgła, że ją można nożem kroić, więc lotnisko zamknięte? No dobrze, to może pociąg? Strajk...typowe... a więc idziemy się pociąć i stwierdzamy, że los postanowił nam dopiec do żywego? Nie. Wtedy pakujemy rzeczy, wyposażamy się w gaz łzawiący i solidną patelnię, po czym spokojnie łapiemy „stopa" wiedząc, że wesołe stadko Lecter'ów, Rozpruwaczy i łowców organów jeżdżących czarnymi wołgami jest nam niestraszne. I w ten oto sposób w miarę cali i zdrowi docieramy na miejsce dnia następnego, po czym cieszymy się koncertem. Da się? No da. Co z tego, że to tylko bezsensowny przykład? Doskonale obrazuje założenia „wzoru", wyjaśnia jego istotę.
„Ha! Któżby pomyślał, że to takie proste? Co piesku?" zadowolony z siebie popijałem z wolna kolejny kubek herbaty i głaskałem poczciwego zwierzaka, który postanowił się tymczasem zdrzemnąć. Świadomość istnienia „wzoru" działała na mnie kojąco i jednocześnie motywowała do działania. Wystarczyło wstać i pójść przed siebie, przeć do przodu - nie jednak jak rozwścieczony nosorożec, ale raczej jak woda, która choć raz obrawszy sobie koryto trzyma się go wiernie, to napotkawszy na swojej drodze przeszkodę nie forsuje jej bezmyślnie niczym rzeczony Ceratotherium simum, ale omija ją - szuka nowej, być może lepszej drogi... „Niech i tak będzie." Mruknąłem uśmiechając się półgębkiem i stwierdziłem, że pora najwyższa wreszcie zacząć działać. „Glista, no choć piesku, idziemy na spacer." I poszliśmy, a spacer przerodził się w długą podróż - raz trudną i pełną problemów, raz rozkosznie wręcz lekką i niewyczerpującą. Była to wędrówka przez życie, ku wyznaczonym kiedyś celom - zarówno takim, które zdążył już przykryć kurz wspomnień, jak i tym które dopiero rysowały się na horyzoncie. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, kim chcę tak naprawdę zostać. To nie było ważne. Po prostu szedłem przed siebie robiąc to co lubię najbardziej: pić herbatę, gadać do psa i pisać różne dziwne rzeczy. Droga pojawiła się sama, a ja... no cóż... pierwszy raz w życiu poczułem, że mam skrzydła i jestem naprawdę wolny.
„Trzeba mi nowych skrzydeł, nowych dróg potrzeba" zamigotało po raz ostatni na gasnącym ekranie, a potem znikło, rozpłynęło się w czarnej tafli szkła i fluorescencyjnych diod...
Nario spodziewał się miażdżącego ciosu, który rzuciłby nim o ścianę i w najlepszym przypadku połamał wszystkie kości. Nic takiego się jednak nie wydarzyło, a zamiast tego usłyszał tylko wściekły krzyk Mattisa, który sunąc z zawrotną prędkością po podłodze mignął starcowi w świetle drzwi. W chwilę potem olgar ucichł, uderzając przy akompaniamencie tłuczonych talerzy w ścianę. Wtedy nozdrzy stojącego przed Nario wampira dobiegł zapach krwi, wprawiając krwiopijcę w stan szaleńczej euforii. Jego oczy zabłysły szkarłatem, a szara jak u kogoś na granicy życia i śmierci twarz wypełniona była obłędem.
- Gotowy na śmierć staruchu? - potwór obnażył swoje długie kły i coraz zapalczywiej zaciągając się powietrzem przesyconym słodko-gorzkim zapachem delektował się smakiem krwi, bólu i... pewności siebie.
- Co?! Nie boisz się? - wampir począł w tym momencie wyglądać jak ofiara hiperwentylacji. - Zaraz dołączysz do swojego kompana, ale nie boisz się?!!! W takmim wypadku jesteś więc ułomny albo głupi! HAHAHA!
Nario poczuł, że ma przewagę. Przeciwnik go niedoceniał, bo inaczej zaatakowałby już dawno. Łowca postanowił więc to wykorzystać:
- Jestem silniejszy od ciebie. - odpowiedział, sprawiając, że wampir natychmiast przestał się śmiać.
-Co powiedziałeś?!
-Jestem silniejszy. - odparł starzec nadzwyczaj spokojnie. - A ty śmieciu nie zasługujesz na miano wampira. - Nario splunął krwiopijcy pod nogi, co rozsierdziło go jeszcze bardziej. - Takie ścierwo jak ty, nie jest w stanie mnie nawet dotknąć!
- Zabiję cię!
Wampir skoczył, a Nario postąpił o dwa kroki w tył, cofając się pod same drzwi. Potem błysnęło przeraźliwie żółte światło, wypełniając sobą wszystko wokół. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, jednak wystarczyło by oślepić krwiopijcę...
- Za późno. - oczy Łowcy świeciły złotym blaskiem.
-Co? Co się...khu...kheghr... co t...co ty mi zro...zrobi...
Potwór - zupełnie teraz już niegroźny, upadł na kolana dusząc się swoją własną krwią.
- Czyż to nie ironia? Któżby pomyślał, że taką nie liczącą się z nikim i niczym karykaturę życia można zabić tylko ucinając jej łeb... - Nario z mściwą satysfakcją w oczach uniósł prawą rękę do góry, pokazując trzymany w niej przedmiot. - ...lub wyrywając serce.
Stary Grimma ze spokojem patrzył jak „karykatura życia" zmienia się u jego stóp w proch. Odczekał jeszcze chwilę, upewniając się, że wampir już nie wstanie, a potem dodał do niewielkiego kopczyka pyłu i strzępów ubrań jeszcze jedną garść szarego popiołu.
- Z prochy powstałeś, w proch się obrócisz. - powiedział gniewnie i energicznym krokiem ruszył Mattisowi na pomoc.
***
Instynkt i wola życia przełamały strach i ból, czyniąc wyuczone ruchy pewnymi. Skok, zamach, cios. Ukryte w złotym lśnieniu ramię prowadziło olbrzymi miecz bez cienia wątpliwości i prosto do celu. W chwilę potem, gdy ostrze spadło z morderczym świstem na ofiarę znajome dźwięki rozcinanego ciała i miażdżonych kości dobiegły uszu wojownika. „A więc udało się. Ślepiec dokonał tego, czego nie potrafił widzący." przemknęło się zwycięzcy przez umysł. Chwilowy spokój i radość ze zwycięstwa szybko jednak zniknęły, bowiem ślepy wojownik, to martwy wojownik. Złote światło zniknęło jednak równie szybko jak się pojawiło, dając koniec domysłom - olgar był w pomieszczeniu sam, a jedynym co pozostało z wampira była kupka popiołu na podłodze oraz krew na jitanie, która sycząc głośno, zamieniała się w parę.
Do sali wszedł Nario, z twarzą wykrzywioną grymasem bólu i prawą ręką przyciśniętą do piersi.
- Ładnie sobie poradziłeś. - powiedział rozmasowując sobie bark. - Wnioskuję, że przeciąłeś go wpół. Prosto przez serce.
- Taak. - Mattis dopiero teraz ocknął się z odrętwienia. - Jesteś ranny?
- Nie. Zaraz mi przejdzie. - odrzekł starzec, jednak mimowolne syknięcie mówiło co innego. - Ale teraz szybko, idź zobacz co z Ariane.
Blondwłosy wojownik skinął porozumiewawczo głową i szybko, acz bezszelestnie ruszył w stronę schodów prowadzących na półpiętro. Nie zdążył jednak dotrzeć nawet do ich połowy, gdy między jego nogami przetoczyła się wykrzywiona w okropnym grymasie i podskakująca rytmicznie na dębowych stopniach głowa. Nie kryjąc zdziwienia olbrzym stanął jak wryty, wsłuchując się w miarowy stukot za swoimi plecami i jednocześnie spoglądając na sylwetkę u szczytu schodów. Olgar napiął wszystkie mięśnie i był już gotowy do zabójczego skoku, gdy rozpoznał długie kasztanowe włosy Ariane:
- Pieprzone wampiry, omal mnie nie zaciukały tymi swoimi zębiskami! - wykrzyknęła z udawaną złością i kocim ruchem skoczyła na wytartą poręcz, zgrabnie zjeżdżając w dół. - Oczywiście nie omieszkała przy tym czule musnąć włosów Mattisa, który rozluźnił się po tym całkowicie. - Uff. Ale jak widać, jakoś sobie poradziłam. - dodała z uśmiechem, stojąc już na dole.
Podbudowany całym zajściem Mattis zbiegł czym prędzej do nich i nie zastanawiając się zbytnio nad tym co robi postanowił wyżyć się na wampirzej głowie. Nario nie podzielał jednak jego entuzjazmu.
- Słuchaj Ariane. - zaczął ostrożnie. - Walka z wampirami ma to szczególną zaletę, że jest w miarę czysta... Nooo... przynajmniej jeśli chodzi o odpadki - dodał po chwili zamyślenia. - Sądzę, że wiesz co mam na myśli. - dziewczyna pokiwała twierdząco głową. - Tak więc rodzi się pytanie: „Czy nowa zabawka naszego olgara jest głową wampira"?
- Ależ oczywiście! Nawet kły ma! Patrz jakie wielkie!*
- W takim bądź razie powiedz mi: jakim cudem nie zamieniła się ona jeszcze w proch?
Nario Grimma zadał to pytanie dokładnie w tym momencie, w którym Mattis za pomocą jitana posłał wampirzy czerep przez całą salę wprost do rozpalonego kominka. Starzec już wiedział, że za chwilę pozna odpowiedź:
- CUO DYOOOOOOO KURFYYYYYYYYY NENCYYYYYYYYY MA TOOOOO ZNACZYĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆ?!!! JA PIERDOLE, WYCIONGNIJTA MIE!!! JA PALE ŚE, PALE SIĘ MUFFIE!!!!
- No właśnie takim cudem. - odpowiedziała Ariane krzyżując dłonie na piersiach z błyskiem triumfu w błękitnych oczach.
Nałóg jako alegoria humanizmu tragicznego, na podstawie dramatów Williama Szekspira: „Hamlet" i „Makbet".*
*[OSTRZEŻENIE: Autor powyższego tekstu nie ponosi odpowiedzialności za ewentualny uszczerbek psychiczny, fizyczny lub mentalny wywołany jego lekturą.]
Zamroczony umysł szukał ukojenia we śnie, a niewidzące oczy otulały się zasłoną powiek, chcąc wreszcie zaznać odpoczynku... „Czemu to takie trudne? Czemu nie potrafię znaleźć odpowiedzi?" pytałem sam siebie spadając w głąb bezdennej studni Morfeusza.
Spadałbym tak pewnie jeszcze długo, by wreszcie obudzić się o poranku i z przerażeniem stwierdzić, że wciąż nie wiem o co chodzi. Tak się jednak na szczęście nie stało. Przypadek sprawił (lub też wedle upodobania; Bóg, obcy, mistyczna siła , czy wreszcie [sic!] fizyka), że moja ręka opadłszy bezwładnie na komputerową mysz włączyła prze jej to pomocy odtwarzacz muzyki (popularnego Winampa). Efekt był taki, że bijąca z głośników moc rocka zakołysała mą jakże nikczemną osobą, co doprowadziło do przechyłu fotela (takiego fajnego z kółeczkami) i ostatecznie zaowocowało donośnym „Dzień dobry" jakie moja potylica usłyszała od twardej podłogi. W ten oto sposób (nieco drastyczny co prawda) doznałem czegoś na pozór, kształt i podobieństwo olśnienia i wreszcie poznałem odpowiedź na pytanie: „Dlaczego dramaty Szekspira możemy uznać za przykład wizji humanizmu tragicznego?"
No właśnie, czemu?
Cechy humanizmu tragicznego widoczne są w tekstach Szekspira niemal na każdym kroku. W kreacji bohaterów, ich poglądach na życie i śmierć, czy wreszcie w przedstawionych wydarzeniach. Mało tego można pokusić się o stwierdzenie, że fabuła takich dramatów jak „Hamlet", czy „Makbet" w całości oparta jest właśnie na zasadach tej pesymistycznej wizji życia i człowieka.
Szekspir przekazuję tę wizję głównie poprzez działania bohaterów i podejmowane przez nich decyzje, które doskonale uwidaczniają wszystkie ich słabości. Żądza władzy kieruje zarówno Makbetem, który staje się tyranem, jak i Klaudiuszem - zabił on dla korony własnego brata. Lady Makbet zaś w potędze męża i zabójstwie Dunkana w absurdalny, desperacki wręcz sposób doszukuje się „lekarstwa" na swoją bezdzietność. Wreszcie mamy Hamleta, który z pozoru kieruje się wyłącznie szlachetnymi pobudkami (chęć pomszczenia ojca), w rzeczywistości planuje zamach na życie Klaudiusza także z innego powodu. A nawet dwóch powodów. Po pierwsze w krwawej zemście widzi sposób na udowodnienie tak przed samym sobą, jak i innymi własnej wartości, pokazania, że jest prawdziwym mężczyzną. Po drugie zaś jest zwyczajnie zazdrosny. Zazdrości szczęścia Klaudiusza i Gertrudy, po śmierci starego króla oraz zazdrości im władzy, która według księcia powinna przypaść jemu.
Tak więc powyższe przykłady wybitnie pokazują pierwszą z cech humanizmu tragicznego jakiej można doszukać się w tekstach Szekspira. Jest to zwątpienie w doskonałość ludzkiego umysłu widoczne w tym, ze bohaterowie nie są idealni. Z dzisiejszej perspektywy można by powiedzieć, że z tego powodu są niezwykle ludzcy, gdyż nie są doskonali, nie przypominają bogów. Kierują się przyziemnymi pobudkami oraz absurdalnymi ambicjami. Ludzki umysł okazuje się więc niewystarczający, by ogarnąć, zrozumieć otaczający świat. Mało tego, mimo całego swojego intelektu, bystrości i przebiegłości, nie są w stanie zapanować na d swoimi instynktami, czymś co przecież łączy nas - ludzi ze zwierzętami.
21.30 21.31
„Myśl!! Myśl, myślę!!! Na nic to. Na nic dopicie trzeciej herbaty. Na nic molestowanie blatu biurka czołem. Marność to i wszystko marność. Cóż więcej mogę napisać, gdy umysł pusty? Cóż począć? Gdzie uciec? Biorę klawiaturę i tłukę się nią po głowie, zrzucam na się książki (razem z szafką), wreszcie skaczę przez okno... nie boli... ach ta kocimiętka!!! Chłodny powiew muska me włosy, orzeźwia umysł. Wstaję. Potem otrzepuję się z błota, przytwierdzam nos, oko, uszy i brodę. Wreszcie znajduję skalp i wracam na górę schodami... tak dla odmiany. A więc, cóż jeszcze mogę rzec tutaj?
No właśnie, co?
Najlogiczniejszym rozwiązaniem będzie wspomnieć w tym miejscu o przemijaniu, o sensie ludzkiej egzystencji i tym podobnych sprawach.
Doskonałym przykładem poglądów na temat życia, śmierci i przemijania będzie wypowiedź Hamleta w czasie wizyty na cmentarzu. Książę przyglądając się kościom błazna Yoryka uświadamia sobie, że niezależnie od czynów za życia, pozycji społecznej, czy zajmowanego stanowiska każdego człowieka czeka ostatecznie to samo. Śmierć i zimny grób, w którym pozostanie jedyna pamiątka po niegdyś pełnej życia osobie - kości. Białe, obgryzione do czysta przez robactwo (i prawdopodobnie również grabarza) kości. I nic nie jest w stanie tego porządku rzeczy zmienić.
„Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć.." liczyłem bezgłośnie kolorowe tableteczki zajmujące przestrzeń przede mną i jednocześnie zastanawiałem się, którą z nich wziąć. „Neo miał łatwiej." Powiedziałem z wyrzutem, podziwiając wszystkie kolory tęczy spoczywające na mojej dłoni. Oczywiście nie zabrakło wśród nich ani czerwonego, ani niebieskiego (uwagę moją przykuł jednak nietypowy owal barwy łososiowej, której w normalnej tęczy nawiasem mówiąc nie ma). Wreszcie nie mogąc się zdecydować łyknąłem po kolei wszystkie (wahając się tylko przez moment, przy łososiowej) i odetchnąłem z ulgą. Cała masa ciekawych efektów rozlała się po moim ciele, tworząc jeszcze ciekawsze wizje wokół (prym wiodło stado słoni tańczących „Jezioro Łabędzie" na biurku). Chwilowa euforia zaraz jednak minęła, a ogromne kichnięcie wyeksportowało mój nos na pobliską ścianę. Było mi źle, bardzo źle. Kichnąwszy raz jeszcze zgubiłem uszy i to przepełniło czarę goryczy. „Chyciłem" więc długopis, bo normalny chwyt nie był możliwy bez kciuka i nabazgrałem na dziesięciu wściekle żółtych, samoprzylepnych karteczkach to samo zdanie: „Łososiowe prochy to ZUO". Chwilę później spojrzałem na wściekle żółty monitor pokryty podobnymi karteczkami (samoprzylepnymi oczywiście) i ze smutkiem doszedłem do wniosku, że wszystko trafił szlag, a ja zwyczajnie się sypię i rozpadam. „Było nie być zachłannym i nie brać łososiowych" powiedziałaby moja rodzicielka na ten widok. Dało mi to do myślenia i podkusiło do podrapania się po głowie. „Skąd ja to znam?" zapytałem sam siebie poprawiając skalp na czaszce.
No właśnie skąd?
Pogrążający się przez żądzę władzy Makbet oraz Hamlet doprowadzający do śmierci ukochanej, całej swojej rodziny, wielu przyjaciół i wreszcie samego siebie. Każda z ich decyzji sprawiała, że coraz bardziej oddalali się od zamierzonego celu, coraz silniej pogrążali w szaleństwie i ciemności. Co z tego, że Hamlet szukał sprawiedliwości, a Makbet kierował się przepowiedniami nieuniknionej przyszłości. Liczy się to, że droga jaką każdy z nich obrał prowadziła ku ich zagładzie, zniszczeniu wszystkiego o co walczyli, co kochali i w co wierzyli. Czyż Lady Makbet nie podkusiła swojego męża do zbrodni, by uczynić go szczęśliwszym oraz by być bliżej niego? Dało to jednak zupełnie odmienny od zamierzonego efekt - odsunęło małżonków od siebie i przyprawiło Lady Makbet o szaleństwo. Podobnie też stało się z Hamletem, który w imię zemsty zrezygnował z miłości do Ofelii, zaślepiony nienawiścią do Klaudiusza. Każdy z tych bohaterów miał wybór. Mogli podjąć zupełnie inne decyzje, mogli pójść choćby ścieżką Banka, który wierzył, że niezależnie od jego czynów przepowiednia i tak dojdzie skutku. Mogli, ale tego nie zrobili. Wybrali autodestrukcję. Tak jak ja, który skazałem się na mozolne przepisywanie tekstu o 23 w nocy. A przecież mogłem zabrać się do tego wcześniej, bez pomocy litrów herbaty i 20 uncji kocimiętki oraz kilku innych środków. Miałem wybór, jednak z niego nie skorzystałem. Tak jak oni.
Nos, uszy, oko, skalp. „Kropelka" czyni cuda, a broda na szczęście trzyma się sama z siebie. Konkluzja nasuwa się sama. Jestem przykładem humanizmu tragicznego. Mocne. A nawet bardzo. Tylko na co mi to wszystko? Nie lepiej było by mi być normalnym, bez tego całego chaosu wokół? Cóż mam z chwili przyjemności, skoro opłacona jest zewnętrznym i duchowym rozczłonkowaniem oraz czymś co doskonale określił poseł perski przybyły do Leonidasa, jako słynne: „This is madness!"? Nic, zupełnie nic. Zatraciłem się, wypiłem całe zapasy herbaty i leków na nadciśnienie i teraz widzę pięć długopisów zamiast jednego. Chaos totalny chaos, który pokonać może tylko jedno. Ów pełen mocy i potęgi krzyk, który wyrwawszy się z piersi mężnego wojownika zdolny był zabić swoją siłą: „THIS IS YOUTUBE!!!"
WTF??
Jedna z zasad humanizmu tragicznego mówi o tym, że kosmos i natura są chaosem. Ten chaos miotający człowiekiem niczym szmacianą lalką jest ważnym elementem tak „Makbeta", jak i „Hamleta". Siły natury są nieprzewidywalne, los bywa okrutny i zaskakujący. Chaos wypełnia wszystko, każdą myśl, słowo, czyn. Bohaterowie gubią się w tym wszystkim, nie są wstanie powiedzieć co jest słuszne, a co nie. Hamlet nie widzi, że przez niego cierpią wszyscy wokół, jest zaślepiony pragnieniem zemsty i słyszy tylko słowa ducha ojca, który karze mu go pomścić. Chaos ujawnia się także na innym poziomie. Albowiem wszystkie działania odnoszą inny od zamierzonego skutek, pogrążając tym samym bohaterów coraz bardziej. Duchy i wiedźmy również odgrywają w tym wszystkim znaczącą rolę, gdyż w pewien sposób kierują działaniami bohaterów. Można wręcz powiedzieć, że nimi manipulują, używają do własnych celów. W tym sensie człowiek staje się marionetką w rękach chaosu.
Dwa tygodnie później siedziałem przed swoim domem z radością chłonąc promienie ożywczego wiosennego słońca. Wszystko było na swoim miejscu: nos, uszy, a nawet skalp (o brodzie już nawet nie będę wspominać). Ptaszki ćwierkały, zwierzęta (pod postacią kota i psa) leżały obok leniwie wygrzewając się w przyjemnym cieple. Wszystko kwitło, dawało mi radość do życia. Cóż więcej potrzeba do szczęścia? Władza, pieniądze? Wybaczyłem sobie, a także innym i było mi z tym dobrze. Nawet bardzo. Pogodziłem się z własnym losem i nauczyłem czerpać radość z tego co mam. Zrozumiałem też, że miałem szczęście. Ja mogłem zacząć od nowa, natomiast ani Hamlet, ani Makbet ani wielu innych takiej możliwości nie miało.
Zabójcze trio mojego umysłu: chcica, wena i natchnienie.
A wszystko zaczęło się niewinnie, zresztą jak zawsze. Leżałem sobie spokojnie w ciepłym łóżeczku, opatulony miękką kołderką i pozwalałem mojemu zmęczonemu umysłowi relaksować się niczym nie skrępowanym potokiem myśli i obrazów. Przekręciłem się na jeden bok, potem na drugi, spojrzałem na zegarek i ze spokojem odczytałem godzinę: 1.25. Ziewając błogo i czując jak mój umysł zasnuwa się coraz grubszą zasłoną mgły przeniosłem się w tajemnicze, przepełnione schizofrenicznym nastrojem światy, tracąc powoli panowanie nad sobą. Myśli o własnej glorii i chwale, uwielbieniu i sukcesie zeszły nie pierwszy raz na temat mojego pisania i wtedy się zaczęło...
Z początku nie przeczuwałem najgorszego, jednak nim zorientowałem się o co chodzi, było już za późno. Pełna cierpienia, ociekająca wręcz patosem i poświęceniem w imię idei historia gloryfikowała moją na ogół niewyróżniającą się postać do granic możliwości. Stałem na piedestale, wznosiłem ręce w górę i byłem szczęśliwy. Byłem zwycięzcą... jednak umierałem.
Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, dlaczego bohaterem moich marzeń przedsennych (bo lepszego określenia nie jestem w stanie znaleźć) zawsze jestem ja, może tak jest po prostu łatwiej? Zresztą szczerze mówiąc nie zastanawiałem się wtedy nad tym. Czułem bowiem narastające przerażenie, ogarniające całą moją osobę. Nie z powodu jednak narzuconej mi przez podświadomość historii, ale z powodu wypełniającego mnie powoli uczucia.
Z cichym jękiem popatrzyłem na zegarek wskazujący pół do drugiej w nocy. Pomyślałem sobie „Pięknie", jednak nie było na to rady. Po trwającej raczej krócej niż dłużej chwili niezdecydowania wstałem z łóżka drżąc najprawdopodobniej z panującego w pokoju chłodu. Dziwnie podekscytowany, drżącymi dłońmi wyszukałem na zwalonym tysiącem papierów biurkiem byle jaki skrawek papieru i zacząłem pisać.
Byłem zwycięzcą... jednak umierałem. Ile śmiertelnie chorych osób czuje się zwycięzcami? Z pewnością niewiele. Dlaczego więc do cholery stałem przed tymi wszystkimi ludźmi, ściskałem ich dłonie i cieszyłem się jak głupi? Wiedziałem jednak dlaczego. Dokonałem wyboru. A wybór był prosty, żyj trochę dłużej i pozostań nikim lub umrzyj stając się kimś. Tyle, że gdy podjąłem decyzję o skróceniu sobie życia od ponad 10 lat już byłem kimś... Byłem geniuszem...
A zaczęło się niewinnie, jak zwykle zresztą. W sumie to nawet nie wiem jak. Po prostu, silne wyładowanie elektryczne uszkodziło mi mózg. Z dnia na dzień stałem się geniuszem. Czytałem, uczyłem się, myślałem dziesięć, sto razy szybciej. Sprawdzian z historii ze 150 stron za 20 min?? Żaden problem. Każda data, nazwisko, wydarzenie zapamiętane szybciej niż ktokolwiek normalny byłby w stanie powtórzyć taką ilość materiału. Dwa obce języki na poziomie zaawansowanym w jeden weekend? Drobnostka, bułka z masłem, ciastko z kremem. Celujące stopnie bez najmniejszego nawet wysiłku, stałe miejsce w Mensie i zdolności superkomputera. A przede wszystkim niesłychany wręcz geniusz do pisania. Tak, spełniłem marzenia. Przed skończeniem osiemnastki sławny na cały świat, arcymistrz fantastyki, najlepszy pisarz wszechczasów, władca ludzkiej wyobraźni, serc, dusz i umysłów. Bez najmniejszego wysiłku. Sława, bogactwo, prestiż. Myślałem, że osiągnąłem wszystko, że jestem zwycięzcą, że to będzie trwało wiecznie. Myliłem się...
Zwykłe omdlenie, upadek, nabity guz. Nic poważnego, rutynowy skan głowy, mojej bezcennej głowy. Przepraszający wzrok lekarza, i tak cisza okrywająca czarnym jak smoła całunem mój świat, zakrywająca słońce. Diagnoza: postępująca degeneracja mózgu, nieuleczalna i śmiertelna. Ile?? Ile czasu mi zostało. Znowu przepraszający wzrok. Lekarz nie wie. Kolejne badania, oczekiwanie w ciszy, skupieniu. Wynik. Przy normalnej aktywności umysłowej 20-25 lat. Przy takiej jak moja 10, przy zmniejszonej 5 i długa choroba przypominająca Alzhaimera. Znalazłem się w kleszczach. I tak źle i tak nie dobrze.
Odtąd starałem się kontrolować, nie przemęczać, regularne badania. Nadal pisałem i wkładałem w to całe swoje serce. Wiedziałem, że i tak umrę, więc chciałem po sobie pozostawić jak najwięcej. Już wcześniej byłem geniuszem, jednak teraz pisałem z pasją. Moje książki oddziaływały na czytelnika jak nic innego na świecie, jak nigdy przedtem i nigdy potem. Byłem szczęśliwy. Wiedziałem, że to co robię jest słuszne i pozwala najlepiej wykorzystać pozostały mi czas. I wtedy stało się to...
Gdy się dowiedziałem, miałem 28 lat, lekarze mówili, że w tym tempie dożyję góra 30-31, a ja miałem to w nosie bo pisałem właśnie „tą" książkę. Najważniejszą w moim życiu, kończącą serię, która stała się kultowa, wręcz legendarna jeszcze przed jej zakończeniem. A ta ostatnia książka miała być najlepsza. Jednak wtedy się dowiedziałem... Lekarze odkryli lekarstwo, mogące pomóc także mnie. Pełen entuzjazmu zgłosiłem się na leczenie, jednak wiedziony dziwnym przeczuciem zapytałem „Czy to będzie miało wpływ na moją sprawność umysłową doktorze?". I doktor odpowiedział, a ja siedziałem zdruzgotany patrząc na znieruchomiałą w powietrzu strzykawkę z niepozorną cieczą, mającą zapewnić mi spokojną starość. Nic nie było pewne. Lekarze dawali 30% szans na to, że zdolności mojego umysłu znormalizują się. Znalazłem się między młotem, a kowadłem. Musiałem dokonać najtrudniejszego wyboru w moim życiu. Musiałem wybierać między życiem z poczuciem niespełnienia i śmiercią, jako osoba, która wypełniła swoją misję. Nie musiałem jednak wybierać, bo wyboru tego dokonałem już dawno.
Skończyłem książkę, która sprzedała się w niewyobrażalnej wręcz liczbie pół miliarda egzemplarzy. Został mi rok życia. W sam raz, by móc zasmakować glorii i chwały, jakich nie doznał jeszcze nikt przede mną. To było cudowny rok. Jak ze snu. Po skończeniu książki nie poszedłem już więcej do lekarza. Wiedziałem, że to bezcelowe, degeneracja była zbyt wielka.
Umarłem stojąc na najwyższym podium, unosząc dumnie głowę ozdobioną wieńcem laurowym i wypinając pierś. Czułem, ze zrobiłem wszystko co do mnie należało, że dokonałem swojego przeznaczenia, że wybory których dokonałem były słuszne...
Odłożyłem pióro i złożyłem zapisaną ciasno kartkę papieru na cztery. Schowałem ją do szuflady i odetchnąłem z ulgą czując, że efekty chcicy pisania mijają. Lekkość mej duszy pozwoliłaby mi pewnie wtedy wyfrunąć przez okno, jednak tego nie zrobiłem. Trąc zmęczone oczy wślizgnąłem się do zimnego już łóżka, kurcząc się i szukając ciepła. Spojrzałem na zegarek i zgrzytnąłem zębami odczytując godzinę drugą i myśląc o jutrzejszych dwóch polskich na miły początek dnia. Miałem ochotę udusić moją chcicę, jednak powstrzymałem się. To nie była tylko ona, to było też natchnienie. Chcica zniknęła, gdy tylko wziąłem do ręki pióro i przytknąłem go do zwykłej, białej papieru czekającej na to by stać się czymś więcej. Uśmiechnąłem się absurdalnie, wykrzywiony zimnem i zasnąłem. Przedtem zdążyłem pomyśleć tylko: „A gdzie wena?.
Wena jest tutaj, teraz. Wisi nade mną, podszeptuje kolejne słowa. Nie jest gwałtowna, spontaniczna, nagląca. Nie mąci, nie oszałamia i nie ogłupia. Nie wprawia w trans, nie niewoli. Wena twórcza, moja wena twórcza radzi, podpowiada.
Cała trójka, taka podobna i taka różna, nierozerwalna jednak, łącząca się w jednej historii, tak nieprawdopodobnej, że aż absurdalnej. Historii będącą jedynie przykrywką do tego, by pisać, przeżywać i choć raz zastanowić się nad swoim przeznaczeniem. Do czego zostaliśmy stworzeni i po co? Jaki jest nasz cel? Jaka jest nasza droga? Ja wiem... i wiem też, że nie zawahałbym ani przez moment... nawet na przez chwilę...
czwartek, 17 maja 2012
Licznik odwiedzin: 10 363 (wersja testowa)
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: